Renifer Golifutrzak – czy wróci do domu i uratuje wyprawę Mikołaja. Przepis na wykonanie renifera.

Chociaż za oknem biało, jeszcze kilka dni temu było całkiem ciepło. Pogoda w tym roku wywołała niezłe zamieszanie. Ale o tym już za momencik się przekonacie.

Kochane dzieci, te małe i duże, zapraszam was – poznajcie moją historię. Historia ta z reniferem w tle się dzieje, nie będzie to jednak historia jakich jest wiele.

Rudolf Golifutrzak

Nazywam się Rudolf, Rudolf nazwany Golifutrzakiem, a jak do tego doszło – już wam opowiadam.

Zima w tym roku dała nam reniferom nieźle popalić, tzn. Słońce na biegunie jak nigdy przygrzewało niesamowicie. Cały świat stanął na głowie. Pewnie wiecie, że zaprzęg Mikołaja zawsze w okolicach listopada robi gruntowny przegląd kopyt, sań, dzwonków. W elfich fabrykach ukrop już od połowy roku spływa po ścianach. Ale w naszych zaprzęgach to właśnie listopad jest tym przełomowym.

Mikołaj w listopadzie ma głowę pełną trosk i pomysłów. Z roku na rok stara się udoskonalać metody dostarczania prezentów, bo jak wiecie ze śniegiem bywa różnie w wielu miejscach na kuli ziemskiej, a i kominy jakby chudsze się zrobiły i nieborak zaczął grzęznąc w kominach. Chociaż ja uważam, że to ta szarlotka Mikołajowej mu nie służy.

I tak w tym roku zafrasowany przeczesywał brodę cichaczem podjadając oczywiście swój ulubiony przysmak – przepyszną szarlotkę Pani Mikołajowej. W tym o to momencie jeden z moich koleżków z impetem wpadł przez uchylone okno. Mikołaj ze względu na ogromnie wysoką temperaturę delikatnie je uchylił, żeby przewietrzyć swój umysł.

My renifery zaglądamy często do niego przez okno, żeby sprawdzić, czy aby nasz brzuchaty przyjaciel niezbyt mocno się przepracowuje. Wiecie dokładnie, że grudzień bywa dla niego bardzo ciężki, bo objechać cały świat i trafić do każdego domu, gdzie są dzieci, to nie lada wyzwanie. Kiedy tak z Alfredem (moim reniferowym przyjacielem) wyciągaliśmy pyszczki, żeby zajrzeć do naszego kochanego brodatego przyjaciela, Alfred zagapił się i wtoczył prosto pod mikołajowe nogi. To zdarzenie tylko rozbawiło Świętego.

– Ha ha ha – zaśmiał się Mikołaj – co Ty tutaj robisz mój włochaty kolego? Zbieraj siły, bo za parę dni będziemy startować w pierwszą podróż.

Alfred otrzepał się, żeby doprowadzić siebie do porządku i zamruczał swoim reniferowym głosem:

– Mikołaju, ten ukrop tak nam doskwiera, że kiedy przyjdzie nam ruszyć w drogę, będziemy wszyscy wykończeni i nie będziesz zadowolony z naszej pracy. Powiedz, co z tą zimą w tym roku, nasze grube futra zawsze nas ogrzewały, a teraz prowadzą do przegrzania. Jest nam tak ciepło, że nie umiemy sobie z tym poradzić.

Mikołaj ponownie podrapał się po brodzie, strzepał resztki szarlotki i ruszył w stronę korytarza, jednak idąc tam kazał Alfredowi cierpliwie poczekać w jego pokoju.

Ja po cichu obserwowałem całą sytuację stojąc pod oknem. Słońce prażyło dalej, już czułem że za chwilę chyba się zdrzemnę, kiedy usłyszałem mojego Mikołaja.

– Słuchaj Alfred, Pani Mikołajowa mówi, że umówi was ze swoim lokalnym fryzjerem, a on wasze futra troszkę przerzedzi tak, aby nie było wam już tak gorąco. Do momentu startu z prezentami odrośnie wam sierść i będziecie mogli w pełni sił ciągnąć mój zaprzęg. Ochroni was wtedy zarówno przed mrozem, jak i przemoknięciem.

Alfred uśmiechnął się spod pyska i wyskoczył przez otwarte już szeroko okno. Wiecie przecież, że my renifery potrafimy różne sztuczki, w naszej pracy zwinność to podstawa. Kiedy przykucnął obok mnie, głośno zaryczeliśmy ze śmiechu, bo tego jeszcze nie było, żeby renifer chodził do fryzjera. Poleżeliśmy tak sobie jeszcze chwilę i ruszyliśmy do stajni przekazać te informacje pozostałym z zaprzęgu, a potem przyszła noc.

Afera u fryzjera

A po nocy nastał dzień. Dzień pełen przygód. Przebierałem swoimi wypolerowanymi na święta kopytami jak żaden inny w stadzie. Zawsze byłem tym najbardziej szalonym w zaprzęgu Mikołaja. Eksperymentowałem w swoim wyglądzie na różne sposoby: to z rodzajem dzwonków, to kiedyś Mikołajowa zamówiła mi nakładki na kopyta, nawet powoziłem z kolorową uprzężą zaprzęg – lubię, gdy coś się zmienia. A dzisiaj gdy czekałem na wizytę u fryzjera, po mojej głowie biegało mnóstwo pomysłów – jak podkreślić mój przecież wyjątkowy charakter? Bo tak się czułem. Pracowałem w zaprzęgu Mikołaja, a to największe wyróżnienie świata.

Nadszedł czas wizyty i kiedy fryzjer Mikołajowej zaczął strzyżenie, przez nieuwagę zamiast skrócić mi o parę milimetrów sierść, wyciął mi ją maszynką do zera. O matko reniferko i ojcze reniferze, teraz gdy o tym opowiadam jest mi łatwiej, ale wtedy byłem przerażony. Moja wspaniała sierść nagle zaginęła. Fryzjer ludzkim językiem coś pod nosem buczał, Pani Mikołajowa chodziła zdenerwowana, a ja gdybym miał jeszcze więcej tej sierści, to ze złości wyrwał bym ją do zera. Ale nie wyrwałem, zostałem przecież łysy. Wydawało mi się wtedy, że księżyc jest bardziej włochaty niż ja.

Kiedy zaprowadzono mnie do stajni po felernej wizycie, wszystkie renifery zaczęły ryczeć ze śmiechu, przezwały mnie „Golifutrzakiem”. Czułem jak za chwilę z moich wielkich oczu poleje się kałuża łez, która zaleje całe Mikołajowe miasteczko. Przecież ja nadal byłem tym samym reniferem co wcześniej, straciłem tylko chwilowo futro. Renifery jednak nie patrzyły na mnie, nie interesowało je to, jak źle się z tym czułem i stałem się pośmiewiskiem w stadzie.

Kiedy zapadła noc, cichaczem wymknąłem się z zagrody i postanowiłem pędzić na oślep przed siebie. Czułem się bardzo samotny, czułem się nie kochany, było mi bardzo źle. Nikt nie chciał mnie wysłuchać, przecież nadal miałem swoje szalone serduszko, które wcześniej renifery tak bardzo kochały. Czy brak futra aż tak wiele zmienił?

Leciałem z prędkością, jakiej zaprzęg Mikołaja nigdy nie osiągnął i przypadkiem uderzyłem w wiórkowy dach. Stoczywszy się po nim dość szybko gruchnąłem na ziemię przy drewnianej werandzie. Nagle na mojej łysej skórze poczułem chłód. To chłód śniegu smagał mój grzbiet. Czułem się tak samotny jak nigdy dotąd, jeszcze chwilę temu miałem cały zaprzęg przyjaciół, a teraz byłem sam. I do tego bardzo głodny. Strach obleciał moje ciało podobnie jak chłód, przeszył całkowicie, a do tego głód, bo galopując po niebie spaliłem całą swoja kolację.

Światełko nadziei…

Zacząłem rozglądać się wokół i zobaczyłem światło, takie jakie paliło się często w mikołajowym domu. Otrzepałem się jeszcze ze trzy razy z nadzieją że to może jednak tylko sen i jestem w domu Mikołaja, ale jednak ten dom nie był jego domem. Podszedłem po schodkach do wielkiej szyby i zobaczyłem dwie dziewczynki układające klocki. Ach, takie widoki w swojej pracy oglądałem nie raz, ponownie poczułem tęsknotę za swoim dawnym życiem. Ale musiałem jakoś sobie poradzić, bo zapowiadał się ostry mróz. Zbliżyłem się jeszcze bardziej do tej szyby i postanowiłem się do niej przytulić, była taka ciepła i gdy już czułem lekką ulgę, nagle usłyszałem straszny krzyk.

Kto z nas jako dziecko nie marzył o tym aby spotkać zaprzęg Mikołaja? Kto z nas nie pragnął spotkać się oko w oko z reniferem, który powozi zaprzęg Mikołaja? Marzenia się spełniają o tym dzisiaj w bajce. Cudnej bajce na Święta mojego autorstwa. Dodatkowo przepis na renifera z orzechów.

– Mamo, tato, mamo, tato – szybko, szybko, renifer stoi przy oknie.

Nie wiedziałem, że o mnie mowa, ale chodziło właśnie o moją skromną postać.

Nie wiem dlaczego te dzieci miały takie przerażenie wymalowane na buziach, ale i rodzicom miny dziwnie zmieniały się na twarzy. Tato nawet zdjął okulary, przetarł oczy i założył je ponownie. Skąd ten dziwny zabieg – nie miałem pojęcia. O tym przekonałem się dopiero później. On był tak zdziwiony, ponieważ nie dowierzał temu co widzi. A mama, jak to mama – przybiegła z jakimś kocem, chociaż zastanawiałem się po co. Później się okazało że był to kocyk dla mnie.

Strach ma renifera oczy…

Stali tak jeszcze chwilę i patrzyliśmy na siebie, ja się trochę bałem i oni również nie darzyli mnie na początku szczególną sympatią, budziłem chyba przerażenie. Było mi coraz zimniej i już nie potrafiłem myśleć właściwie. Nagle wielkie szklane drzwi uchyliły się i nieśmiałym krokiem podszedł do mnie tata dziewczynek. Podotykał mnie po grzbiecie, on też chyba miał ochotę sprawdzić co ze mnie za cudak, ale po chwili z jego ust niczym melodia wypłynęły słowa – to prawdziwy renifer, o matko! Ale czy chodziło o tę matkę, co stała przy dzieciach? Chyba nie.

On był nadal zdziwiony, a ja się dziwiłem, bo co w tym dziwnego, że jestem reniferem. Zastanawiałem się, ile tak jeszcze będzie mnie oglądał, czułem że moje raciczki są jak dwa sople lodu. Głasnął mnie po karku i po głowie, a potem pokazał gestem ręki, żebym wszedł do środka. I kiedy przekroczyłem próg domu, ciepło oblało moje spracowane ciało i poczułem, że chyba jestem uratowany. Powieki zrobiły się wyjątkowo ciężkie i zasnąłem.

Kiedy się obudziłem, cała rodzina siedziała wokół, a na ich twarzach nie było już strachu, tylko ogromne uśmiechy. Nie wiedziałem co mam robić. Do zaprzęgu nie chciałem wracać, bałem się tych wszystkich przykrych chwil. Ale nie wiedziałem też, gdzie mam zamieszkać. Na szczęście wszystko zaczynało się układać. Ruszyłem się, żeby wstać, a w tym momencie mała dziewczynka wtuliła się w mój pyszczek.

– Cześć Reniferku, ja jestem Marta i chyba dzisiaj jestem najszczęśliwszą dziewczynką. Zawsze marzyłam o tym, żeby mieć renifera, a ty spadłeś mi z nieba.

– Naprawdę? – Odpowiedziałem i w tym momencie mała Marta odsunęła się do tyłu. Zapomniałem, że ludzie nie wiedzą, że my renifery Mikołaja potrafimy mówić po ludzku i po renifersku. Ale skąd mogą wiedzieć, przecież ciemną nocą, kiedy wszyscy śpią, odwiedzamy domy razem z Mikołajem.

– Nie bój się Martusiu – powiedziałem. Za kolan taty przyglądała mi się druga dziewczynka, która coraz śmielej wyglądała z zaciekawieniem.

– Reniferku, a ja jestem Marysia. Ja też się bardzo cieszę.

Trwało to jeszcze chwilę ,zanim dzieci i mama odważyły się całkowicie mi zaufać. Tato wiedział że jestem przyjazny, więc nie bał się wcale i zaczął ze mną rozmowę.

Opowiedziałem im, jak to się stało, że wylądowałem na dachu, że nie mam sierści, że jestem smutny i nie mam gdzie pójść. Opowiedziałem im szczerze, że marzę o tym, by wrócić do pracy w zaprzęgu Mikołaja, tylko bardzo się wstydzę jak wyglądam. Wstydzę się tego, że będę pośmiewiskiem.

Dowiedziałem się też, że trafiłem do Polski, czyli kawałek drogi od mojego domu. Nie sądziłem, że moje smutne chwile już wkrótce odlecą razem z płatkami śniegu.

Zaczęły dziać się cuda. Mama złapała za telefon i zaczęła dużo dzwonić, do Mikołaja też często dzwoni taki telefon, ale jego ma słuchawkę i duże takie stojące pudełko. Marysia pobiegła gdzieś i wróciła z czerwono białym sznureczkiem, tato wskoczył do swojego warsztatu i przyniósł jakieś urządzenie, a Marta usiadła przy stole i zaczęła się zajadać jogurtem. Nie powiem, że byłem głodny, bo mi też przyszykowano nie lada ucztę i po posiłku mój świat zaczął być bardziej kolorowy.

Przykucnąłem sobie przy grzejniku, moje kości jednak w podróży trochę zmarzły, a w tym czasie tato przedstawił plan.

– Słuchaj Renifer – nie możesz się poddawać. Popatrz – jest nas czwórka, każdy z nas jest inny. Ja noszę okulary, moja żona jest wysoka, Marysia jest bardzo chuda, a Marta ma ciemne włosy. Każdy z nas ma coś innego, ale zobacz – razem tworzymy rodzinę. Bardzo się kochamy i szanujemy to, że każdy jest inny. Marysia lubi malować, Marta lubi śpiewać, ja lubię elektroniczne prace, a moja żona lubi tworzyć. Czy teraz widzisz to, jak jesteśmy różni? Każdy z nas lubi inną muzykę. Podobają nam się różne rzeczy, ale to nie pozwala nikomu z nas na to, aby śmiać się z drugiej osoby tylko dlatego, że wyróżnia się czymś od reszty. Wiesz, jak sobie tak myślę, to Twoi koledzy zachowali się troszkę niegrzecznie. Teraz, jak zniknąłeś im z oczu, pewnie tego żałują. Być może chcieliby Cię również przeprosić, ale nie mogą tego zrobić, bo Ciebie z nimi nie ma.

Słuchając taty poczułem, jak tęsknię za domem. Swoim domem. Poczułem, jak bardzo chciałbym być teraz z moją reniferową rodziną. Bo w sumie pomimo tej jednej przykrej sytuacji było nam całkiem fajnie. Razem zwiedzaliśmy świat, szykowaliśmy się do świąt i razem odpoczywaliśmy po wyprawach.

Tato powiedział również, że zorganizujemy sierść. Mama wymyśliła, że mój grzbiet przystroi orzechami. Marta z jogurtu, który zjadła, zrobiła dzwonek. Marysia doczepiła mi poroże z gałązek, które dzień wcześniej znalazła w lesie na spacerze z mamą. Trwało to chwilę i kiedy podstawiono mi lustro, moim oczom ukazał się najpiękniejszy renifer świata. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Moje nadłamane w drodze poroże dumnie prezentowało się w lustrze. Orzechowa sierść w magiczny sposób stała się moim dawnym pokręconym futrem. Dzwonek zawieszony na szyi był najbardziej modnym dzwonkiem w tym sezonie zimowym.

Poczułem że z radości kopyta wyrywają mi się w powietrze. Poczułem, że mogę wszystko i że muszę wracać tam gdzie moje miejsce. Tam, gdzie czeka mnie najważniejsza misja. Przecież kiedy zabraknie renifera w zaprzęgu, Mikołaj nie dowiezie na czas prezentów. Nie mogłem zawieść mojego brodatego przyjaciela.

W tym momencie zrozumiałem, że to czy mam sierść, czy też jej nie mam, nie jest istotne. Przecież moje dobre serce nie uległo zmianie, a wygląd nie ma takiego znaczenia, bo liczy się właśnie serce i to jakimi jesteśmy od środka. Piękno każdy z nas nosi inne.

Postanowiłem wrócić na biegun, o niczym innym tak nie marzyłem. Misja była jedna – pomóc Mikołajowi dostarczyć prezenty.

Jeszcze chwilę cała rodzina żegnała mnie przed odlotem. Te krótkie chwile okazały się magiczne dla obydwu stron. To była ogromna nauka, dzieci z tej lekcji również wiele się nauczyły. Rodzice jeszcze długo tłumaczyli, że tak jak ze mną, tak również bywa z ludźmi, każdy jest inny i nigdy tego nie wolno wyśmiewać, bo w ten sposób wyrządza się krzywdę.

Ja wróciłem z prędkością światła do swojego domu, a tam czekała na mnie skruszona moja reniferowa rodzina. Wyjaśniliśmy sobie wszystko, poczułem radość. Zrozumiałem też, że każdy czasem popełnia błędy i nie wolno uciekać, tylko dać drugiej osobie czas na naprawę swojego złego zachowania. Po tych wszystkich zdarzeniach, kiedy szykowaliśmy się do trasy z Mikołajem, mój nos zabłysnął na czerwono, niczym mała latarenka. Sprawił, że mój szalony charakter objawił się w wyjątkowy sposób. Dodam, że mój ogromny urok rozbłysł jeszcze bardziej, niż mój czerwony nos. Od tej pory nie byłem już Reniferem Golifutrzakiem, tylko Czerwononosym.

Taka to moja historia, a teraz uciekam, bo robota czeka. Wypatrujcie mnie z moją reniferową rodziną na niebie – już wkrótce się zobaczymy. Pamiętajcie drogie dzieci – piękno to nie ładna bluzka czy spodenki. To dobre uczynki, które wypełniają wasze serce. Jeżeli koleżanka lub kolega zrobi wam przykrość dajcie im szansę na naprawę zachowania.

Pozdrawiam was!

Wasz Czerwononosy Przyjaciel

Orzechowy renifer – zrób sam

  • potrzebujemy około 10 lasek kleju do pistoletu na gorąco
  • 3-4 kg orzechów włoskich (wszystko zależy od wielkości renifera)
  • stelaż wykonany został z drewna, można wykonać według własnego pomysłu
  • kawałek starego futerka od kurtki
  • patyki na poroże
  • uszy również można wykonać według własnego pomysłu
  • do dzieła

Post a Comment